|
|

Relacja z największej wyprawy skuterowej 2003 roku. Mafej i Magda (Yamaha Majesty 250) oraz Grusza (Honda Helix 250) wybrali się na skuterach do Grecji. Pokonali łącznie 4,5 tys km. Z tego co nam wiadomo, w tamtych czasach nikt z Polski nie pojechał skuterem tak daleko. Przeczytaj obszerną relację!
SKUTEREM DO GRECJI - relacja
Plany tego wyjazdu zrodziły się już gdzieś na początku lata, kiedy po przygodach w Wiedniu doszedłem do wniosku, że najlepszym sposobem na odpędzenie pecha będzie na prawdę daleka podróż. Motywacje Mafeja były nieco inne chciał wyjechać z Magdą do Grecji na rower. Ale że Magda nie dała by rady, Mafej wymyślił pojadą skuterem! W tym celu kupił Yamahę Majesty 250 i w ekspresowym tempie zrobił prawo jazdy. Aby zaoszczędzić sobie drogi przez niepewne wciąż tereny b. Jugosławii, postanowiliśmy popłynąć promem z Włoch do Grecji.
ETAP I. Warszawa Triest
Wyjechaliśmy w piątek ok. 17-tej. Ja i Mafej. Magda, aby uniknąć podróży po polskich dziurach, została wysłana pociągiem do Bielska-Białej, gdzie mieliśmy ją odebrać. Żeby na Majesty mogły podróżować 2 osoby, Helix musiał przejąć funkcję muła roboczego. 2 namioty, 3 karimaty, plecak i full bagażu. Fotka na dobry początek i ruszyliśmy. Już na katowickiej okazało się, że mój skuter nie jedzie jak należy- doskwierały mu okresowe zaniki mocy. Zrzuciłem to na karb brudnej fajki, zresztą już nie było odwrotu. Wyprzedziliśmy kilka gigantycznych korków na trasie i koło 22-giej byliśmy w Bielsku. Magda zapakowała się na Majesty i pojechaliśmy do Zwardonia na nocleg. W górach zrobiło się zimno i mokro.
Na szczęście następnego dnia słońce zaczęło przygrzewać i najdłuższy odcinek (prawie 800 km) zapowiadał się całkiem miło. Na granicy polskosłowackiej wprowadziliśmy celników w lekkie osłupienie, gdy dowiedzieli się, że jedziemy do Grecji. Słowację przejechaliśmy szybko i sprawnie, autostradą do Bratysławy. Całą drogę rozglądałem się za sklepem, gdzie mógłbym kupić przewód wysokiego napięcia. Czyszczenie fajki nic nie dało i zacząłem podejrzewać, że to właśnie ten element jest przyczyną braku mocy. Niestety nic nie znalazłem. Wjechaliśmy na terytorium Austrii i pogoda zaczęła się psuć. Gromadzące się chmury nie wróżyły nic dobrego. Na wysokości Wiednia okazało się, że wjechaliśmy w przechodzący front atmosferyczny! Wiatr spychający z drogi i narastająca ulewa. Nie było rady, musieliśmy jechać dalej. Na dojeździe do autostrady przemknęły 2 Burgmany 400 i 650. Przez chwilę myślałem że to MariuszHelix i Rudy. Kolory się zgadzały!
Zarówno ja, jak i mój bagaż byliśmy zabezpieczeni przed deszczem założyłem kondoma na siebie i pakunki. Niestety Mafej i Magda nie zaopatrzyli się w odpowiednie ubrania i ratowali się czym się dało. Z plastikowymi torebkami włącznie. Lało przez całą Austrię. Na szczęście nie oblewały nas fontanny (w Austrii nie ma kolein), ale rekompensował to pył wodny z samochodów jadących autostradą. Dopiero po przekroczeniu granicy gór ulewa zelżała i zaczęło się robić cieplej. Na stacji benzynowej spotkaliśmy grupkę niemieckich motocyklistów, z którymi wymieniliśmy pozdrowienia. Przed granicą słoweńską przestało padać na dobre i wypogodziło się. Ciekawą odmianą w krajobrazie była zieleń, która nagle zastąpiła barwy jesieni. Chcieliśmy dotrzeć za Lubljanę, w okolice jaskini Postojna, aby mieć jak najbliżej do Triestu.
Słoweńskie autostrady są bardzo dobrej jakości, ale płatne odcinkami co jest w sumie droższe niż winietki i uciążliwe. Trzeba uważać na siebie. Słoweńcy wyznają zasadę, że czymkolwiek się jedzie, trzeba osiągnąć prędkość maksymalną. Normalne jest, że rozklekotany Fiat Uno pogania światłami Mercedesa albo BMW. Prawie co drugi samochód ma niesprawne światła. Jednośladów całkiem sporo, choć nie tak dużo jak można by się było spodziewać po sprzyjającym klimacie. Zarówno na Słowacji jak i w Słowenii motocykliści pozdrawiają się. W Austrii raczej nie, chyba że turyści - daleko dystansowcy. Późnym wieczorem znaleźliśmy kwaterę, której wnętrze przypominało początki XX w. Cena w miarę rozsądna 35 E za 3 osoby. Wszyscy byliśmy zmęczeni i zmarznięci, a najbardziej oczywiście Magda. Dystans tego dnia wyniósł prawie 800 km.
Wczesnym rankiem ruszyliśmy w stronę Triestu. Prom odpływał o 13-tej, ale trzeba było zjawić 2 godziny wcześniej. Musieliśmy również zrobić zakupy, aby jakoś przeżyć te 1,5 dnia. W stronę Włoch pojechaliśmy bardzo krętą i malowniczą drogą obok jaskini Postojna. Ze względu na załadunek, nie kładliśmy się w zakrętach do oporu. Dłuższą chwilę spędziliśmy na granicy włoskiej celnik zażądał zielonej karty a potem nie spieszył się z wbiciem pieczątek do paszportów. Włochy przywitały nas słońcem i mnóstwem skuterów. Z ciekawostek na szybko zauważyłem X9 w wersji policyjnej, z kogutami i kuframi. Poza tym pełno Vesp, Runnerów i Leonardo. Trochę czasu zajęło nam dotarcie do portu. Droga objeżdża całe miasto, potem schodzi w dół po skarpie (piękna panorama) i dużym łukiem przez dzielnice przemysłowe prowadzi do nadbrzeża. Prom był dominującym elementem w porcie, więc nie trudno go było zauważyć. W kolejce do załadunku prawie same TIRy, kilka autokarów a także 3 grupy motocykli z Niemiec i Słowenii. Odebraliśmy bilety i oczywiście objechaliśmy całą kolejkę bokiem. Trzeba było uważać z prawej samochody, z lewej woda, a szerokości 1 metr.
Po trapie załadunkowym wjechaliśmy do wnętrza tego kolosa od dziobu. Pokierowano nas na samą rufę, na najniższy pokład. Mafeja wciśnięto między pozostałe motocykle a TIRa, mnie przypadło miejsce kilka centymetrów od maski wielkiego Volvo. Zanim wyjęliśmy nasze rzeczy ze skuterów, dopakowano jeszcze samochodów i jedynym sposobem na poruszanie stało się lawirowanie wąskimi przesmykami między autokarami i ciężarówkami. Udało nam się wydostać na pokład Sofoklesa V. Była to nie najnowsza jednostka, ale całkiem spora. 2 pokłady ładunkowe i 4 pasażerskie. Mieliśmy najtańsze bilety na otwartym pokładzie - w związku z tym musieliśmy znaleźć sobie zaciszne miejsce, osłonięte od wiatru i wody. Po zajęciu dogodnej miejscówki złożyliśmy kuchenki i zaczęliśmy gotować obiadek. Otworzyliśmy również wino, i zanim prom ruszył wszyscy byli w dobrych humorach. Jak się okazało, otwarty pokład był pełen ludzi, którzy też wybrali tę najtańszą wersję podróży. Wszędzie porozkładane śpiwory, materace i tobołki. Resztę dnia spędziliśmy na podziwianiu widoków i planowaniu dalszej trasy. Do atrakcji należała wycieczka z Mafejem na pokład ładunkowy przez przejście dla personelu. Na dole trochę zabłądziliśmy między bujającymi się TIRami. Zdecydowanie odradzam osobom chorym na klaustrofobię! Na szczęście nikt nas nie zauważył. W nocy wiał ciepły wiatr od Adriatyku, więc noc na świeżym powietrzu była na prawdę przyjemna.
ETAP II. Grecja północna
Rano mogliśmy już cieszyć się widokiem pięknych wysp i nadmorskich gór u wybrzeży Albanii. O 12-tej dopłynęliśmy do Igoumenitsi. Jest to małe miasto portowe na granicy albańsko-greckiej, a zarazem pierwszy przystanek na trasie promu. Statek dobijał i manewrował a my w tym czasie pakowaliśmy skutery. Po wyjechaniu na brzeg okazało się, że kilku motocyklistów podróżników również wysiadło w tym miejscu. Od razu dało się nam we znaki południowe słońce. Ciepłe ubrania schowaliśmy raczej głęboko. Miasteczko trochę się zakorkowało, a to za sprawą sznura TIRów, które wyjechały z promu.
W końcu wyjechaliśmy na szosę. Naszym celem tego dnia była miejscowość Kalambaka, w pobliżu której znajdują się słynne Meteory klasztory wybudowane na niedostępnych skałach. Od razu przekonaliśmy się, że Grecja to w zasadzie same góry. Droga wiodła ciągłymi zygzakami w dół i górę. Jeszcze nie spotkałem się z tak stromymi podjazdami. Po kilkunastu kilometrach okazało się również, że nie można ufać greckim drogom. Asfalt jest dziwnie śliski. Dodatkowe niespodzianki to strugi oleju, zwłaszcza na zakrętach, piach, żwir i nagłe zmiany nawierzchni. W tych warunkach nie jechaliśmy szybciej niż 60-80 km/h. Po przejechaniu pierwszego pasma górskiego zatrzymaliśmy się w miasteczku Ioanina. Dalsza trasa wiodła przez jedną z wyższych przełęczy w Grecji 1705 m. n. p. m. Ponad 20 km górskich serpentyn, zawijasów, mostków i zwężeń. Do tego wyprzedzanie TIRów na zakrętach itp. Fajna jazda ale i męcząca praca za kierownicą, zwłaszcza przy niedoborze mocy w mojej maszynie.
Po drodze zatrzymaliśmy się w malowniczej miejscowości Metsovon, położonej wysoko w górach. Na przełęczy zrobiło się zimno i wjechaliśmy w chmury. Widoki można było podziwiać dopiero niżej. Rozpoczął się ponad godzinny zjazd w dół. W dole doliny zakręty stały się bardziej łagodne i prowadziły przez zarośla krzewów. Wieczorem zatrzymaliśmy się na campingu w Kalambace, u samego podnóża monumentalnych skał. Samo miasteczko jest atrakcyjne wieczorem, gdyż wtedy zaczyna się życie towarzyskie. Tłumy turystów z całego świata przechadzają się główną ulicą a mieszkańcy wyjeżdżają jednośladami na wieczorne pogawędki. Przed snem, przy świetle latarki podjąłem próbę wykręcenia cewki zapłonowej, ale udało mi się tylko obmacać kabel wysokiego napięcia. Nieczysta praca silnika ciągle nie dawała mi spokoju.
Rano zwinęliśmy namioty i pojechaliśmy oglądać Meteory. Droga wspina się między pionowymi skałami, na których widać klasztory i pustelnie. To na prawdę widok jedyny w swoim rodzaju. Odwiedziliśmy tylko jeden z nich, podobno najciekawszy Roussenau. Dalej, przez Trikalę i Larisę pojechaliśmy w kierunku Aten. Zjechaliśmy z gór i krajobraz zmienił się diametralnie. Pustkowia i gołe wzniesienia, pokryte czerwonym piachem wyglądały jak na Marsie. Co jakiś czas wioska, opuszczone domy, wraki samochodów, porzucony sprzęt budowlany. Przypominało to scenerię z Mad Maxa. Im dalej na południe, tym więcej plantacji i upraw, jednak wszystko wypalone słońcem. Zieleni jak na lekarstwo. Po przejechaniu nizin znowu przebiliśmy się przez góry i przełęcz, aby wyjechać już na samym brzegu Zatoki Eubejskiej. Płatną autostradą zbliżaliśmy się do Aten, jednak nic nie wskazywało, że zbliżamy się do stolicy Grecji - spalone autobusy, rowy pełne wraków samochodowych, opuszczone domy. Drogowskaz na Termopile chwilowo przypomniał nam, że jesteśmy w kolebce cywilizacji europejskiej.
Przed miastem Thiva (starożytne Teby) coraz cięższe powietrze zamieniło się w ... regularną ulewę! Słoneczna Grecja powitała nas deszczem. Początkowo próbowaliśmy dotrzeć na camping nad Zatoką Koryncką (znowu przez góry), jednak ciągła ulewa i zapadające ciemności zmusiły nas do ucieczki w stronę Koryntu. Ateny zostawiliśmy zupełnie z boku. Jazda grecką autostradą po zmroku i w deszczu to prawdziwa walka o przeżycie. Lało cały czas i nic nie zapowiadało zmiany pogody. Mafej i Magda zmokli po raz drugi. Ja zawczasu wskoczyłem w kondoma, którego na szczęście nie schowałem głęboko, ale też już miałem dosyć tej jazdy. Zjechaliśmy z autostrady nad Zatoką Salaminy w poszukiwaniu jakiegoś noclegu na tym turystycznym wybrzeżu. Na drodze co chwila wjeżdżaliśmy w solidne kałuże i potoki błota. Było ciemno, mokro i nie za bardzo mieliśmy gdzie spać. Okazało się, że wszystkie campingi są zamknięte po sezonie. Zresztą nie bardzo mieliśmy ochotę nocować w namiocie w takich warunkach. Udało nam się znaleźć otwarty hotel apartamentowiec. Wytargowaliśmy się na jakieś 60 E za 3 osoby. Mieliśmy nocleg w całkiem niezłych warunkach i możliwość wysuszenia mokrych rzeczy.
Rano obudziło nas słońce i zapach bazylii. Według prognoz miało być cały czas słonecznie i coraz cieplej, do 36 stopni pod koniec tygodnia! Zapakowaliśmy skutery (ubłocone do granic możliwości) i pojechaliśmy do Koryntu. Największa atrakcja to Kanał Koryncki. 6 km wyciosanego w pionowej skale przesmyku, który tworzy z Peloponezu wielką wyspę. Na moście spotkaliśmy pielgrzymkę z Polski, chyba pierwszych rodaków od początku podróży. Obowiązkowe fotki, oglądanie statku przepływającego dołem i ruszyliśmy dalej. Wjechaliśmy do najbardziej słonecznej i najciekawszej części Grecji.
ETAP III. Peloponez
Zjechaliśmy z autostrady szukając drogi do Argos i trafiliśmy do malutkich wiosek otoczonych uprawami winogron. Bardzo mili mieszkańcy pokazali nam drogę, która miała nas doprowadzić do głównej trasy. Bardziej nadawała się na samochód terenowy niż skuter, ale jakoś przejechaliśmy i ruszyliśmy w kierunku Argos. Po drodze na straganie kupiliśmy winogrona i miejscowe wino. Później znowu przejazd przez góry (to już stały punkt programu) i minąwszy Mykeny i Argos dotarliśmy do nadmorskiego miasta Navplio. Okazało się większe, niż można było sądzić i tętniące życiem. Żar lał się z nieba i chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć na plażę i wykąpać się w końcu w morzu! Przepiękną nadmorską drogą pojechaliśmy wzdłuż wybrzeży Zatoki Argos do Paralia Astros. Rozłożyliśmy się na totalnie opustoszałym campingu i resztę dnia spędziliśmy na plaży. W międzyczasie podjąłem kolejną próbę przywrócenia mocy w Helixe. Czyszczenie świecy i manipulacje kablem. Na krótką metę trochę pomogło. Wieczorem poszliśmy na spacer po urokliwym miasteczku.
Następnego dnia przemieściliśmy się dalej na południe, do Monemvasii. To jedno z ciekawszych i ładniejszych miejsc na całym Peloponezie. Cicha nadmorska mieścina jest połączona mostem z wyspą skałą. Skała wyrastająca z morza kryje na swoim zboczu średniowieczne miasto, zupełnie nie widoczne od strony lądu. Pochodzące z XIII wieku miasto oplatało całą górę. Odrestaurowane, w świetnym stanie zachowało się dolne miasto plątanina chodników, ścieżek, schodów i kamieniczek. W większości z nich znajdują się knajpy, sklepy i hoteliki (dosyć drogie). Szczyt góry to już tylko ruiny górnego miasta, ale i tak robią niesamowite wrażenie. Widoki niezapomniane. Na campingu pod Monemvasią spędziliśmy 2 dni. Drugiego dnia Mafej wybrał się na wycieczkę, a ja po kolejnych zabiegach przy skuterze ruszyłem na południe półwyspu. Chciałem dotrzeć na jego koniec, jednak w po kilkudziesięciu kilometrach droga asfaltowa zamieniła się w kamienistą i nie było sensu jechać dalej. W miejscowości Neapolis spotkałem motocyklistów, którzy prawdopodobnie płynęli z nami promem. Trasa, która na mapie wyglądała na krótką ( ok. 100 km), zajęła mi prawie cały dzień. Tak jeździ się po Grecji bocznymi drogami.
Kolejnym etapem naszej podróży było Githio. Najładniejsze miasteczko na wybrzeżu i świetne plaże. Tu spędziliśmy w sumie 3 dni. Drugiego dnia zostawiliśmy Magdę na plaży i ruszyliśmy w głąb półwyspu Mani, aby dotrzeć na przylądek Matapan (najdalej na południe wysunięty kraniec Grecji kontynentalnej). Pojechaliśmy we dwóch na Majesty. Helix został na campingu ze zdjętym filtrem powietrza. Uczynny właściciel serwisu i wypożyczalni skuterów wyczyścił go, i jak się później okazało, nie chciał za to ani centa. Półwysep Mani słynie ze swej niedostępności i oryginalnej kultury Manijskiej. Manijczycy swoje domy budowali w formie wysokich wież obronnych, które stanowią niespotykany nigdzie indziej element krajobrazu. Po objechaniu wysokich gór dotarliśmy do miejsca, gdzie droga wiedzie kilkadziesiąt metrów nad otwartym morzem. Półwysep zwęża się coraz bardziej i w pewnym miejscu widać morze z dwóch stron lądu. Potem droga prowadzi już przez niskie wzgórza porośnięte wrzosami. Kończy się w malutkiej wiosce nad piaszczystą laguną, otoczoną skałami.
To tu starożytni Grecy umiejscowili mitologiczne wejście do Hadesu. Stoją tu resztki świątyni wyroczni Posejdona. Wejście do podziemnego świata to okrągły otwór w skale. Byliśmy na przylądku Matapan. Dalej na południe się nie da! Niestety GPS poinformował nas, że Gibraltar leży minimalnie niżej. Geograficznie byliśmy na wysokości pustyni w Tunezji. Nie odmówiłem sobie szybkiej kąpieli w tak niezwykłym miejscu. Można było iść jeszcze dalej do latarni morskiej, ale czekał nas powrót, a robiło się coraz później. Droga powrotna wiodła w dużej części wysoko nad brzegiem morskim. Miejscami była jakości drogi ekspresowej (dotacje UE) a miejscami całe fragmenty osunęły się do morza. Gdy wróciliśmy na camping zaczęło się ściemniać.
Plan na następny dzień był ambitny. Zamierzaliśmy z Mafejem zdobyć najwyższy szczyt Peloponezu Profitis Ilias w górach Tajgetos o wysokości 2407 metrów. Chcieliśmy dojechać skuterami jak najdalej się da, aby zdążyć wejść i zejść jednego dnia. Od przełęczy jechaliśmy szutrowokamienistą drogą ok. 10 km pod górę. W końcu dotarliśmy do miejsca gdzie zaczynała się ścieżka. Zostawiliśmy skutery w lesie i przygotowani do wycieczki w góry ruszyliśmy szlakiem E4. Niestety szlak został oznakowany tak niedbale, że na samym początku pomyliliśmy drogę i wędrowaliśmy korytem górskiej rzeki, po głazach wielkości samochodu. Po 2 godzinach marszu musieliśmy zawrócić, ponieważ znikły jakiekolwiek oznaczenia i szliśmy na ślepo. Jak się później okazało, do najbliższej miejscowości mieliśmy 12 godzin... Szkoda, bo cel był w zasięgu, a widoki ze szczytu na pewno byłyby wyjątkowe.
Wracaliśmy po kamienistej drodze z drugiej strony gór. Miało być krócej, a wyszło ze 20 km zjazdu nadającego się na downhill na rowerze, ale na pewno nie na skuter. Czyste enduro. Ponad połowę drogi jechaliśmy z wyłączonymi silnikami, a prędkość dochodziła miejscami do 40 km/h. Pod koniec zagrzały się hamulce. Sprzęty wyglądały jak po udziale w rajdzie Paryż Dakar. Rano urządziliśmy im porządne mycie. Potem w akcie rozpaczy wziąłem się za czyszczenie gaźnika. Skróciłem również kabel wysokiego napięcia. O dziwo, pomogło! Co prawda strzały w wydech nie ustąpiły, ale Helix odzyskał przyzwoitą moc.
Następnego dnia po południu ruszyliśmy w kierunku Sparty i dalej w stronę słynnej Mistry. To kolejne średniowieczne miasto z 13 wieku z bizantyjskimi świątyniami i zabudową. Słynniejsze niż Akropol. Byliśmy godzinę przed zamknięciem i nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. Największą atrakcją jest kościół Agia Sophia z fantastycznymi freskami. Dalej ruszyliśmy na zachód, przez góry, w stronę Pilos. Droga była szybsza niż dotychczas i na niektórych zjazdach przekraczało się 100 km/h. Gdy dojechaliśmy do Kalamaty, zapadał zmrok. To miasto nieprzyjemnie kontrastuje z prowincjonalnym Peloponezem. Typowa miejska aglomeracja: lotnisko, tłok, hałas i podmiejskie slumsy. Wyrwaliśmy się stamtąd jak najszybciej. Już po ciemku pokonaliśmy ostatni odcinek przez Messynę do Pilos. Tu na szczęście nie było żadnego problemu ze znalezieniem campingu. Zatrzymaliśmy się w świetnym miejscu, nad Zatoką Navarino. Otaczające ją skały tworzą prawie zamkniętą zatokę, bardzo płytką i wypełnioną jasnym piaskiem. Wymarzone miejsce na windsurfing.
Cały camping był opanowany przez samochody campingowe, głównie z Niemiec, Austrii i Francji. To najpopularniejszy sposób wypoczynku w Grecji, jaki zaobserwowaliśmy. Równie popularne jest wypożyczenie samochodu. Pełno jest na Peloponezie małych aut z wypożyczalni. W Navarino zostaliśmy dwa dni. Największą atrakcją w tej okolicy są ruiny pałacu Nestora z epoki mykeńskiej, w którym znaleziono ślady pisma linearnego B. Byliśmy też na wycieczce w Methoni na południu. Można tam podziwiać ogromny zamek nad samym morzem. Na jednej z uliczek tego miasta Majesty położyła się Mafejowi przy hamowaniu. Stał już w miejscu i na szczęście nic się nie stało. Skuter oparł się na sakwach bocznych a Magda zeskoczyła w porę. Wieczorem zdążyłem jeszcze wymienić olej w Helixe. W środę rano przeprowadziliśmy tą samą operację w Majesty. Mafej nie znalazł nigdzie Shella i musieliśmy zalać Penzoil. Po południu spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy bezpośrednio do Patras, skąd o 23 odpływał prom. Trochę wiało po drodze ale oprócz greckich autokarów, na które trzeba uważać, nic nie zakłóciło podróży.
W Patras mieliśmy zamiar zrobić zakupy na prom. I tu przykra niespodzianka. Okazało się, że w środy po 18-tej wszystkie supermarkety zamyka się! Zjechaliśmy całe miasto w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. W końcu trafiliśmy na piekarnio-cukiernię, w której za ostatnie pieniądze (w supermarkecie chcieliśmy zapłacić kartą) kupiliśmy cokolwiek do jedzenia. Sprzedawczyni z litości dała nam po dużym ciastku cynamonowym. Patras to drugie co do wielkości miasto portowe w Grecji. Pobłądziliśmy trochę, zanim trafiliśmy na drogę do portu. Mieliśmy okazję jechać w wieczornym tłoku ulicznym, pośród skuterów i trąbiących samochodów. Na światłach Mafej nawet dogadał się z właścicielem Katany, który się koło nas zatrzymał. Około godziny czekaliśmy na otwarcie biura biletowego i wejście na prom. Oprócz nas znowu pojawiła się grupka motocyklistów z Niemiec. Patrzyli z niedowierzaniem na objuczone skutery siedząc na potężnych BMW GS i tym podobnych sprzętach. Tym razem przypadło nam miejsce na górnym pokładzie ładunkowym, prawie pustym i zupełnie luźnym. Przy ustawianiu spotkaliśmy samotnego Polaka z Rybnika, podróżującego po Grecji rowerem. O 23 prom zaczął odbijać. Opuszczaliśmy Grecję.
ETAP IV. Triest Warszawa
Spędziliśmy na promie cały dzień i 2 noce. W ciągu dnia rejs uatrakcyjniła spotkana przez nas wcześniej w Koryncie pielgrzymka. Uczestnicy pod wpływem piwa, w towarzystwie Czecha z gitarą odśpiewywali ludowe pieśni i przyśpiewki religijne. Ogólne zainteresowanie budził fakt, że jedziemy z Polski na skuterach i zapłaciliśmy 100E od osoby. Cały dzień pielgrzymi dyskutowali prawie wyłącznie o tym. Ostatnia noc była dosyć chłodna. W Trieście byliśmy o 7 rano. Trochę czasu zajęło oczekiwanie na otwarcie pokładu ładunkowego i wypuszczenie ludzi z promu. Było słonecznie ale zimno. Po przekroczeniu granicy ze Słowenią Magda zadecydowała, że w tej temperaturze nie wytrzyma jazdy do Warszawy i że woli wrócić pociągiem. I tak wytrzymała rekordowo dużo. Po śniadaniu pod supermarketem ruszyliśmy do Lubljany na dworzec kolejowy. Na miejscu okazało się, że pociąg do Warszawy jest za pół godziny. Mafej zapakował Magdę do pociągu i już tylko we dwójkę kontynuowaliśmy podróż. Jak na złość zrobiło się ciepło.
Jechaliśmy drogami krajowymi, aby uniknąć opłat za autostrady. W miejscowości Sredisce na krótko wjechaliśmy do Chorwacji. Po kilkudziesięciu kilometrach w Letetenye wjechaliśmy na Węgry. Chcieliśmy zdążyć na kolację do Budapesztu i zdecydowaliśmy się jechać autostradą. Z tego powodu musieliśmy wykupić winietkę, co okazało się bardzo skomplikowaną procedurą. W zapadających ciemnościach przemknęliśmy nad Balatonem. Ostatni odcinek do Budapesztu to nużąca jazda autostradą. Wyprzedzające nas motocykle pozdrawiały nas kierunkowskazami. Miły gest. Zjedliśmy kolację w ulubionej knajpie Mafeja i pojechaliśmy na camping. W nocy było na prawdę zimno, ale jakoś przeżyliśmy.
Rano dostaliśmy informację od Magdy, że już jest w Warszawie. Mafej zafundował mi przyspieszone zwiedzanie Budapesztu. W 3 godziny zobaczyłem po łebkach całe miasto. System ruchu jest niezwykle zawikłany, rzadko które ulice normalnie się krzyżują. Ronda półronda, tunele, wysepki i w tym wszystkim tramwaje. Na początku ciężko się odnaleźć. Po południu ruszyliśmy do Szentendre. To miasteczko nad Dunajem w stylu Kazimierza nad Wisłą. Spotkaliśmy tu Polkę, która czekała na męża jadącego czarnym Banditem i pytała się czy nie widzieliśmy go po drodze. Objedliśmy się lagoszów (taki wielki pieróg) i naleśników i drogą nad Dunajem dojechaliśmy do Wyszehradu. Promem przeprawiliśmy się przez rzekę i ruszyliśmy w stronę Słowacji. Pierwsze przejście graniczne okazało się przejściem dla ruchu lokalnego i na Słowację wjechaliśmy dopiero w Sahy.
Droga Kraków-Budapeszt, którą jechaliśmy, jest bardzo przyjemna i w miarę szybka. Mały ruch, dobra nawierzchnia i piękne widoki. Do Chyżnego dojechaliśmy wieczorem. Celnicy z zainteresowaniem zagadywali, czy nie za zimno na motor. Przejechaliśmy pod szlabanem i przybiliśmy piątkę! W Jabłonnej po małych poszukiwaniach znaleźliśmy kwaterę po bardzo przystępnej cenie. Wbrew naszym obawom ranek okazał się ciepły i pogodny. Ruszyliśmy do Warszawy przez Kraków, Kielce, Końskie, Grójec. Nieoczekiwanie, zaraz po wyjeździe z Chyżnego, Helix znowu stracił moc. W spokojnym tempie, bez przygód doturlaliśmy się do Janek, po drodze wyprzedzając korek. Wielka wyprawa dobiegła końca!
PODSUMOWANIE.
Czas wyjazdu: 18 dni.
Przejechaliśmy przez następujące kraje: Polska, Słowacja, Austria, Słowenia, Włochy, Grecja, Włochy, Słowenia, Chorwacja, Węgry, Słowacja, Polska.
Łączny przybliżony dystans: 4,5 tys. Km na kołach.
Nie wiem ile zużyliśmy paliwa i nie chce mi się liczyć :)
Koszt: ok. 1650 zł.
Tym razem obeszło się bez asistance, niemiłych przygód i awarii. Niestety, a w zasadzie na szczęście, na drugi dzień po powrocie silnik Helixa wyzionął ducha miałem dużego farta!
Wielkie brawa należą się Magdzie, że wytrzymała taki dystans jako pasażer! Tak trzymać!
Pytanie Czy było warto? wydaje mi się bezsensowne. Liczymy że niedługo zorganizujemy coś równie dużego w szerszym gronie! Azja, Afryka...? Możliwości jest wiele ;-)
Grusza
10018 km na Rowerze w sezonie 2006
Pozdrowienia
Łukasz Majewski - Mafej
Spotkanie świąteczne x-Ventures
Zapraszam jutro na godzinę 19:30 do małej knajpki na przysłowiowego browara.
Trafić tam łatwo trzeba wypełznąć z Metra na Racławickiej. Krzyś powinien być zadowolony bo ma rzut beretem.
Do zoo :)
strona knajpy
Suwalszczyzna
W ostatni weekend - Suwalszczyzna i Kowno.
Szaruga jesienna ale nie przeszkadzalo to w udanych 2 wycieczkach rowerowych :).
10000
Cieszę się, że już tyle odwiedzin odnotowała moja stronka. Szczególnie cenię tych co powracają... Może jako CRMowiec zrobię system bonusowy dla stałych bywalców :)
Taka oglądalność umacnia mnie w przekonaniu, że idea pomysłu stworzenia strony x-Ventures była trafiona. W najbliższym czasie odnawiać będę sekcję poświęconą SudetyCross - efekty już lada dzień. Zapraszam i Pozdrawiam
Łukasz Majewski - Mafej
Berlin 17-19.11
Galeria foto
Berlin to ogromne miasto. Zaskakuje rozległością i pełnią zieleni. Najlepiej je chyba zwiedzać na rowerze. Tak my postanowiliśmy zrobić i dzięki milionom ścieżek rowerowych okazał się to pomysł trafiony. Fascynująca jest historia muru Berlińskiego, poza tym wspaniałem muzea i zadbane parki. Wbrew pozorom nie jest wcale drogo, ale mimo wszystko okazał się to być jeden z najdroższych weekendów. W dużej części za sprawą luksusowych noclegów i expresowej jazdy Krzyśka :) 5h z postojami w każdą stronę to szybciej niż do Zakopanego. Przypominam, że z Wawki do Berlina jest 580km.
A zapomniałbym o nocnej imprezie w wyluzowanym (niektórzy twierdzą) gejowskim otoczeniu ;).
Było chwilowo ciekawie ;)
Spotkanie Sobota West Side 19:30
Impreza całkiem udana tylko, że ostatecznie w Pink Flamingo ;)
Zapraszamy na spotkanie w sobotni wieczór wszystkich chętnych, którzy chcą posłuchać o wyjeździe do Spain/Portugai oraz o wyjeździe 7-7 oraz obejrzeć foty. Zapraszamy też osoby, które poprostu chcą się nawalić w dobrym towarzystwie...
jak trafić
strona knajpy
7-7 to tygodniowa wyprawa obajzdowa Magdy i Mafeja
Galeria foto
Ponieważ w ostatniej chwili okazało się, że Magduśka nie może jednak lecieć samolotem, wybraliśmy się w wyprawę odstresowywującą :). Założenie proste jedziemy na południe bo tam ładniejsza pogoda i zatrzymujemy się jak nam się zachce. Efekt był taki, że naprawdę wypoczeliśmy i zwiedziliśmy miejsca dobrze znane, ale tylko pozornie. Pierwszy postój w Czechach (Czeski Raj-koło Brna). Wspaniałe formacje skalne, jaskinie cisza i 0 turystów. Kolejny etap to Wiedeń. Wstyd się przyznać ale byłem w nim 30 razy ale nigdy nie zwiedzałem. Austria, południowa to teren wymarzony na rower. Dolina Poellau jest naprawdę super miejscem na urlop. Bardzo polecamy schronisko górskie Jungen und Famillien. Świetne warunki, pyszne śniadania i atrakcyjna cena. Trasa rowerowa rewelacja - choć męcząca. W środę trochę się tułaliśmy w poszukiwaniu ładnej pogody i w czwartek się udało piekne słońce koło Novego Mesta na Słowenii. Extra baseny z gorącą wodą ale klu okazała się wyprawa na rowerze w góry. 100km przewyższenia 3000m to nie lada wyzwanie. Dzięki świetnie oznaczonym i pięknym szutrowym drogom była to jedna z najlepszych wycieczek całodziennych. Zjazdy blisko 20km wijącymi się szutrówkami, unoszące się od podmuchu pędzącego roweru bukowe kolorowe liście- tak pełen odjazd. Sobota i niedziela to już gorsza pogoda. Do atrakcji można zaliczyć jazdę na letnich oponach po drogach w okolicy Balatonu :). Jeszcze obiad w Pięknej Ilonie - moja ulubiona od 12 lat knajpa węgierska w Budapeszcie i powrót w stronę domu. Ostatni nocleg w Banskiej Stvnicy- Miasto wspaniałe, pieknie położone wśród gór. Zachwyca architekturą, co potwierdza wpisanie starówki na listę Unesco. Do Portugali wybierzemy się w przyszłym roku w trójkę :).
Magda / Mafej / MagMafej
Spain Portugal
Galeria foto
Relacja z najazdu Kozojebców na półwysep Iberyjski
Prolog
Wszystko już było ustalone, a bilety wykupione w ciemno chyba jeszcze w maju. Oczywiście jak to często w życiu bywa, zadziałały nieubłagalne prawa Murphyego i wszystkie niewiadome rozstrzygnęły się na naszą niekorzyść. Plan był taki, że lecimy do Malagi, tam wypożyczamy campera i w drogę! Niestety w ostatnim tygodniu przed wyjazdem okazało się, że nie ma szans na wypożyczenie campera, głównie dlatego, że o 17 w sobotę nikomu nie będzie się chciało na nas czekać, nawet za dodatkową opłatą. W piątek wieczorem okazało się natomiast, że Mafej i Magda nie mogą z nami lecieć, bo mały Kozojebca/Kozojebczyni nie chce odrywać się od ziemi na wysokość kilku kilometrów. Po krótkiej konsternacji zadecydowaliśmy, że jedziemy w zmniejszonym składzie (Maleńka, Ja, Mr. Gieleciński i Kanalia). Opracowaliśmy pobieżnie plan "B" - wypożyczamy wóz osobowy, bierzemy namioty na wszelki wypadek, a gdzie i kiedy będziemy spać, to wyjdzie w praniu.
Sobota
Największy plecak miał oczywiście Mr. Gieleciński, który dźwigał wielki gar pożyczony od Siory, i kto wie co jeszcze. W kolejce do check-in jakiś facet zaczął bić kobietę, która wg niego wpychała się - a to Polska właśnie. Trochę się baliśmy o wagę bagażu, żeby nie przekroczyć 20 kg, ale jakoś się równo podzieliliśmy i nie było problemów. Maleńka miała nawet niedowagę, bo tylko 11 kg. Lot był bardzo fajny, nikt nie rzygał, a ładna pogoda umożliwiała podziwianie widoków. Tylko Krzysiowi przeszkadzał pasażer obok, który żarł kanapkę z podrobami a potem śmierdział. Wylądowaliśmy rozkładowo, ale ok. 1,5 godz. straciliśmy na porównywaniu ofert wypożyczalni wozów. W końcu wyjechaliśmy srebrnym Focusem II kombi 1.6 bez anteny (jak się później okazało). Od razu skręciliśmy do Carefoura - wśród zakupów znalazły się różne trunki a także 3 kg cebuli po okazyjnej cenie. Wieczorem dotarliśmy do Granady (ok. 130 km), gdzie mieliśmy spore problemy ze znalezieniem czegokolwiek, a zwłaszcza miejsca do parkowania i noclegu. Przy okazji Mr. Gieleciński zatrzasnął się w windzie. Nocowaliśmy w hostelu, w ciasnej czteroosobowej klitce.
Niedziela
Ruszyliśmy na podbój miasta, aby dotrzeć do Alhambry i odebrać zarezerwowane bilety (ta potężna twierdza Maurów to jeden z najciekawszych zabytków w Hiszpani). Odstaliśmy ok. godzinę w kolejce, po czym okazało się, że nie możemy odebrać biletów bez paszportu Magdy, na którą były zarezerwowane. Odstaliśmy zatem następne 2 godziny, aby kupić bilety i w końcu weszliśmy. Całość naprawdę robi ogromne wrażenie - mieszanka różnych stylów i epok, a wszystko w pięknym otoczeniu ogrodów i płynącej wody. Michał chciał robić zdjęcia wszystkiemu. Wykosztowaliśmy się na audioguidea (3E), dzięki czemu wiedzieliśmy, co mniej więcej oglądamy. O szczegółach architektonicznych trzeba by napisać oddzielną książkę. Wieczorem zakosztowaliśmy nocnego życia Granady w towarzystwie znajomych Mr. Gielecińskiego, którzy zapoznali nas z hiszpańskim stylem życia - żarcie, siesta, żarcie i bounce. Żyć, nie umierać.
Poniedziałek
Kierunek - morze! Ruszyliśmy z powrotem na południe, przez Malagę, do Gibraltaru. Po drodze postanowiliśmy wjechać w góry do uroczej miejscowości Ronda, położonej na dwóch brzegach przepaści, połączonych mostem (architekt spadł i zabił się w trakcie budowy). Serpentyny były świetne, ale niestety Focus to nie Ibizka, i wyprzedzań "na Giela" było tylko kilka. W Rondzie zaliczyliśmy także najstarszą w Hiszpanii arenę corridy - to naprawdę osobliwa rozrywka, której złożoność zbliża ją do sztuki. W drodze powrotnej mały piknik "na Rumuna" i do Gibraltaru - jest bliżej, niż mogłoby się wydawać. Skała robi piorunujące wrażenie, a równie ciekawe jest samo miasto - miniatura Wielkiej Brytanii upchnięta na kilku km2, z lotniskiem w poprzek głównej ulicy. Lokalny taksówkarz przewiózł nas dookoła skały, co prawda za słuszną opłatą, ale inlcusive mieliśmy małpy, które wlazły nam na plecy. Rzut oka na Afrykę, cieśninę i Słupy Herkulesa, i trzeba było się zbierać, bo zapadał zmrok. Pojechaliśmy dalej na południowy zachód do letniskowej miejscowości Tarfia - znaleźliśmy przyzwoity nocleg w hostelu niedaleko plaży, ale nocnej kąpieli nie było.
Wtorek
Piękna pogoda, ciepłe morze i pusta plaża - nareszcie! Odbyliśmy komisyjne moczenie w Atlantyku. Czas jednak naglił i koło południa ruszyliśmy do Kadyksu. To niezwykły port, którego historia sięga jeszcze czasów starożytnych. Białe miasto wbijające się w bezkres oceanu. Stąd wyruszali słynni odkrywcy. Po kilkugodzinnym spacerze wyruszyliśmy na najdłuższy odcinek naszej podróży - do Portugalii. Po drodze mijaliśmy zakorkowaną Sewillę, ale kilkaset km zrobiliśmy dość szybko i wieczorem zawitaliśmy do Portugalii. W opustoszałym kurorcie Conceicao dostaliśmy lux apartament za 40E - najlepsza kwatera wyjazdu! Tym razem nie obeszło się bez nocnej kąpieli połączonej z konsumpcją wina.
Środa
Portugalii ciąg dalszy. Ruszyliśmy w stronę Faro, które okazało się mniej ciekawe, niż można się było spodziewać
. Mimo psującej się pogody wybraliśmy się na urokliwe plaże w rejonie Algarve, znane z niezwykłych skał, podobnych do chorwackich, tylko w kolorze piaskowym. Na plaży byliśmy prawie sami, tak więc zabawom i uciechom nie było końca. Krzysztof G. udawał potwora morskiego, korzystając z maski i fajki. Plażowanie zakończyliśmy lunchem w pobliskiej knajpce, z widokiem na morze. Grillowane sardynki były znakomite! W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Tavirę i ruiny zamku.
Czwartek
Front atmosferyczny znad Atlantyku zmusił nas do opuszczenia Portugalii - będzie trzeba tam jeszcze wrócić. W niezłym tempie dojechaliśmy do Sewilli, gdzie zmarnowaliśmy sporo czasu na poszukiwanie kwatery. W końcu wylądowaliśmy w hostelu, a samochód w podziemnym garażu. Sewilla to niezwykłe miasto, zadziwiające swoją różnorodnością i tętniącym życiem. Czasami ma się wrażenie, że to miasto jest aż za duże
. Wieczorny spacer połączyliśmy z konsumpcją wina w parku i sesją fotograficzną na Placu Hiszpańskim, a dzień zakończyliśmy ucieczką przed ulewą.
Piątek
W szybkim tempie zwiedzamy najważniejsze obiekty w mieście: katedrę i Alcazar, czyli zamek. Katedra jest ogromna (trzecia co do wielkości na świecie) i robi nawet większe wrażenie, niż San Pietro w Rzymie, głównie ze względu na długie, strzeliste nawy. Z wieży rozciąga się piękny widok na całe miasto. Zamek w Sewilli jest nieco podobny do Alhambry, jednak posiada znacznie bogatsze zbiory - w tym miejscu rozstrzygały się losy przyszłych wypraw odkrywców. Wyjeżdżamy z miasta w strugach deszczu, który w pewnym momencie stał się ścianą wody i spowolnił nas do 60 - 80 km/h. Aby odpocząć od ulewy, zjechaliśmy do Estepy, miasta znanego z wyrobu czekoladek. Przeczekując ulewę przeżyliśmy chwile grozy, kiedy potoki błota zaczęły przelewać się przez nasz wóz. Pech chciał, że przejeżdżające auto posłało bryzgi błota prosto do środka. Wieczorem wypogodziło się i mogliśmy cieszyć się miłym wieczorem w urokliwym mieście Antequera, położonym w lekkich górach. Za moją namową ruszyliśmy jednak dalej, aby ostatnią noc spędzić nad morzem. Niestety 2 godziny poszukiwań kwatery na Costa del Sol zakończyły się fiaskiem (!) i wylądowaliśmy w Etapie koło lotniska w Maladze.
Sobota
Rano wyrzuciliśmy resztki jedzenia, a co poniektórzy nerwowo czyścili samochód, który nie wyglądał najlepiej
. Śniadanie zjedliśmy "na Rumuna" na zasyfiałej plaży w Maladze, obserwując wyczyny lokalnych surferów. Zdążyliśmy jeszcze zahaczyć o stare miasto, gdzie akurat odbywała się sesja fotograficzna nowego Peugeota Experta. Przy oddawaniu samochodu na lotnisku nie było żadnych oględzin - oddaliśmy kluczyki i usłyszeliśmy "Thank You". Tym razem z nadbagażem nie było problemu, bo nikt niczego nie ważył - i bardzo dobrze, ponieważ mieliśmy plecaki pełne flaszek i innych dóbr. Lot przebiegał bez zakłóceń, a nawet lepiej, bo w drodze powrotnej pilotował Polak. Wychodząc z chmur nad Warszawą ujrzeliśmy
śnieg. Wszystko białe. Brutalny powrót do domu.
Podsumowanie
Wyjazd był naprawdę świetny, może nie przejechaliśmy dużo, ale widzieliśmy naprawdę sporo, zaliczyliśmy 3 kraje, przy tym odpoczęliśmy i bawiliśmy się znakomicie. Na pewno kiedyś to powtórzymy, już w obecności trójki Mafejów
:-)))
Grusza.
Parapet PARTY
Galeria foto
Vielen dank za extra "Parapet PARTY 80".
Zapraszamy do odwiedzin na Roko in the future :)
Magda / Mafej / MagMafej
Rajcza
Galeria foto
Weekend 14-15.10 szaleństwo na rowerach w Beskidzie Żywieckim. Na starcie mały poślizg ale naprawiona Katowicka i jazda płynna więc 23:00 meldujemy się na miejscu. Szkoda, że nasza gaździna o nas zapomniała i mieliśmy już wizję noclegu w Octavce.... Ostateczni romantycznie z Gaździną w jednej izbie. Pewnego rodzaju atrakcją był brak uzębienia naszej gościnnej Pani...;)
Piękna słoneczna sobota. Wjazd na Wielką Raczę 1236m.n.p.m nie należał do wycieńczających (krzesłem z Dedovki). Na szczycie pozanaliśmy grupkę Warszawiaków - rowerzystów którzy UWAGA słyszeli o rowerowych wtorkach. Szybko doszliśmy, że niejaki Radek (sąsiad Ryśka) pisał o nas już nie raz na forum rowerowym :) hehehe Więc jesteśmy znani.
Po obiadku rozstaliśmy się i sami pognaliśmy na dół pięknym technicznym szlakiem spokojnie opadającym w dół. Sigle tracki jedne z najlepszych po jakich jechałem. Extra. Wieczorem kolacja przy ognisku w środku gór też była niezapomniana. Niedziela miała być easy ale z powodu kijowej mapy pobłądziliśmy kilka razy i na szagę w górę czy dół parę razy trzeba było pchać sprzęty.
Ja przyszło do płacenie to uzyskaliśmy zniżkę z 20 na 18zł za noc co w części zrekompensowało problem 1 nocy.
Wyjątkowo ekonomicznie ale całkiem sympatycznie pożegnaliśmy w ten sposób Polską złotą jesień.
Czekamy na śnieg :)
Dzięki Wojtkowi i Kubie za superowski wyjazd :)
Odyseja Kłodzka
Wyniki
Galeria foto
W Weekend 29-1.10 Odbyła się wspaniała impreza rowerowa. Odyseja Kłodzka to rajd na orientację. W tym roku bazą były sympatyczne Duszniki-Zdrój.
Dzięki support team!!! No i oczywiście Piterowi za twardą postawę do samego końca! 113km bez postoju w 1 dzień i 73km ostrej terenowej jazdy 2 dnia to naprawdę wymaga super kondycji.
W zeszłym roku w tej samej imprezie zajeliśmy 36 miejsce w tym roku miejsce 18! Naprawdę superowsko. Trasa była swietnie zaplanowana. Miliony możliwości zaliczania kolejnych punktów kontrolnych pozwoliły wykazać się
w dziedzinie orientacji. GPS oraz słynne skróty Mafeja nie zawiodły i prosze jaki wynik :) Dla mnie była to chyba najbardziej udana impreza rowerowa na jakiej byłem. Mam nadzieję, że w przyszłym roku też uda nam się pojechać.
Chciałbym też namówić parę osób bo naprawdę nie trzeba się tu ścigać, żeby mieć frajdę z jazdy i kombinowania z mapą.
Niezawodny support TEAM kolejny raz okazał się najlepiej zoorganizowanym zespołem z całej imprezy :)
Na wyjeździe byli:
Ania
Piotrek
Mafej
Izka
strona organizatora
Odyseja Kłodzka 2006
Głuchołazy
Weekend 22-24.09 spędzamy na rowerach w Górach Opawskich. Była ostra jazda 105 km-sobota 64 km - Niedziela.
Pogoda idealna. :)
Góry Opawskie-Galeria foto
Rysy 2006 podejmij wyzwanie
HA! Zdobylismy Rysy w czasie 2:20h (szlakowo 4:15h). Teraz leczymy zakwasy.:))
Rysy-Galeria foto
Relacja z TransCarpatii 2006 (x-Ventures)
TransCarpatia 2006-galeria foto
Hejka, Udało się :) :) :) Dojechaliśmy do mety choć nie było łatwo. Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyprawy. Sprostaliśmy wyzwaniu, miesiące treningów, tysiące kilometrów przyniosły całkiem dobre moim zdaniem 44 miejsce w kategorii Men 66 w kategorii open. Ważne, że przy okazji podchodziliśmy do tych całych zawodów na luzie i odpoczęliśmy. Teraz trzeba utrzymać formę do Odysei Kłodzkiej w 1 weekend października.
A jak wyglądała tegoroczna TransCarpatia...?
Przez siedem dni zmagań z rowerami i górami muszę powiedzieć, że tegoroczna edycja była ciekawsza od poprzedniej. Po pierwsze bardzo podobało mi się to, że jechaliśmy do Wisły a nie Zakopanego. Dalej, nie znaczy wcale gorzej. Doskonały przedostatni etap przygotowany tak, że po mimo największego przewyższenia, można było cały czas jechać na rowerze. To wielki plus, myślałem przez moment, że będzie tak do samego końca. Niestety ostatni etap (Korbielów-Wisła) to już ostre pchanie roweru na masyw Skrzyczanego. Wielka szkoda, bo można było lekko zmodyfikować trasę i dałoby się wjechać.
Jeszcze jedna sprawa to ustawienie punktów kontrolnych. Gęstsze i bardziej perfidne niż w zeszłym roku, zmuszało uczestników do poruszania się w większości trasą sugerowaną. Mi się to nie podoba, lubię jak jest wiele możliwości i każdy wybiera trasę najbardziej dostosowaną do jego potrzeb.
To tyle, jeśli chodzi o organizację.
Etap 1- Będzie łatwiej? (Ustrzyki-Komańcza 85km)
Wczoraj spotkaliśmy się z Piotrkiem i Anią, którzy wrócili z Chorwacji. My dojechaliśmy z Renatą (Siostra Ani) z Wawy w piątek wieczorem. Sobotę spędzamy na lanserce nad Soliną i relaksie przy browarze. Po południu szykujemy nasze maszyny. To pompujemy amorka, to znów spuszczamy powietrze, zamiana opony, dokręcenie mapnika i takie tam duperele. O 22 śpimy już jak zabici. 6:30 pobudka (i tak nie spałem od 1h) reise fiber :) haaa nie mogę się doczekać.
Piękne słońce wdziera się przez okno do naszej kwatery. Lekka mgiełka nad łąką zwiastuje dobrą pogodę. Śniadanko przygotowane przez naszą Gaździnę - 1 klasa. Domowe konfitury, miód z własnej pasieki, kozi ser.... imagine that :) Po takim śniadaniu POWER masz na cały dzień.
Nagle, co to czarna chmura pojawia się z nikąd. Zaczyna lać, jak z wiadra bez ogródek.
Ja pier.... co za ironia losu. Piotrek wygląda, na zdezorientowanego, jakby chciał powiedzieć, że to chyba pomyłka, że znalazł się tu przypadkiem. Jednak moje zdecydowane posunięcia szybko rozwiązują problem ?.
9:00 jesteśmy na starcie. Super nowoczesne chipy do pomiaru czas, nerwówka przed ostatnim gwizdkiem. Ostatnie foto przed odjazdem i już pedałujemy w peletonie. 125 Zespołów = 250 osób. Całe Ustrzyki gapią się na nas jak na zjawisko z zupełnie innej planety. Jedziemy peletonem 10km za wozem TC. Przestało padać i znów grzeje Bieszczadzkie słońce. Super, jest naprawdę super. Po 30min mamy już 11km na szafie, koniec tego dobrego, szosa się kończy, a my wpadamy w to błoto od razu bez pośrednich etapów. Błoto wszędzie, na drodze na ścieżce, jest ostro. Wspinamy się szlakiem na górę. Po 20-30 minutach jesteśmy już mokrzy od góry i od dołu. Teraz będzie zjazd. Extra się pędzi łąka, single track, piękny widok na Solinę. Gnamy 50km/h błoto odrywa się z opon, brudzi nasze piękne galowe koszulki. To już koniec lancerki, zaczęła się prawdziwa TransCarpatia....
Po 2,5h jesteśmy na 1 szamie. Banany, pomarańcze, arbuzy, wafelki, isostar, powerbar. Menu godne podziwu. W zeszłym roku ten sam odcinek zabrał nam z Sis o 1,5h więcej. Jest dobrze. Pędzimy szosą 14km w pół godziny. Rzadko schodzimy poniżej 30km/h. W końcu dojeżdżamy do stóp Chryszczatej. Kto nie kombinuje ten nie żyje :) Zjeżdżamy z sugerowanej trasy. Najpierw piękna szutrówka potem zaczyna się hard core. Na 1 km trzeba pokonać 250m różnicy poziomów. 30 min wspinamy się z rowerami, zjeżdżając co chwilę w błocie pare metrów.
Wreszcie jest szczyt i ostatni punkt kontrolny. Teraz hard core downhill do jeziorek Duszatyńskich. Korzenie, kamienie, pion na maxa. Czuję jak momentami tylne koło chce wyprzedzić przednie. Ostatni podjazd przed Komańczą i jesteśmy. Meta. Dobrze, że 1 etap ukończony. 10 zespołów nie miało takiego szczęścia. Ale to i tak w porównaniu do zeszłego roku był pikuś.
Obiad w barze nie należy do najlepszych. Piotrek zaskoczony możliwościami mojego żołądka. Tu zasada jest prosta - kto nie wciąga ten ginie.
Etap 2 Błoto, jakiego nie znacie. (Komańcza-Krempna 80km)
Ranek wita nas ulewą. Nie ma złudzeń. Nie przestanie. Start na mokro. No cóż słabi nie jesteśmy, damy radę. Kawałek szosy na początek, to tylko cisza przed burzą. Zaraz się zacznie. Tak już skręt na szlak, pchanie na okoliczną górkę, najwyższą a jakże by inaczej. Ze szczytu zjazd, jest fajnie woda z błotem = brejka fruwa w powietrzu. hehe jestem już cały w tym "g" a to dopiero 3km od startu. Zapędzamy się za daleko za innymi "łosiami" i teraz musimy iść na azymut przez łąkę. Jak już jesteśmy prawie na szlaku, łapię kapcia. O nie co za kijowy moment - pomyślałem. Ale gdybym wiedział, że to będzie jedyna awaria na całej TC to ucałowałbym swojego Epica :). Wymiana trwa 5min i już możemy wejść w największe błoto EVER!!! To co się dzieje później można porównać do szlaku jaki kiedyś na mazurach po burzy pokonywałem z grupą Gruszy. To jest TOTAL MUD!!! Jedyną różnicą, jest taka, że na mazurach trwało to przez 1km a tu przez 17km i czasami jest pod górę. Tak przez 3h. Najbardziej ostro było jak zaczął się zjazd ale nie dało się jechać. Błoto oblepiło totalnie całego Epica. Koła zablokowane, rower tak ciężki, że nie mogę go podnieść. Repete z zeszłego roku w wydaniu more hard! Przez chwilę mam doła. Naprawdę. Ale jak patrzę na Pitera, który z zaciętością i determinacją na twarzy ciągnie swojego Gnata przez te gówno, i nie piśnie nawet słowa, że ma już dość, to mi to daję kolejny zastrzyk energii.
Koło 12:00 przestaje padać, docieramy do szutrówki i zaczynamy normalnie jechać. Błocko mam wszędzie w uszach, nosie, na całej twarzy. Nie mam centymetra czystej nogi. Przed nami jeszcze 50km a tu już 13:30. Czy zdążymy na 19? Na punkcie kontrolnym okazuje się, że nie jest tak źle - jesteśmy w połowie. Ta informacja dodaje nam wiary w siebie. Gnamy ile sił w nogach w stronę mety. Jedna grań, zjazd, druga zjazd. Jesteśmy koło Równego(Teścia rodzinna miejscowość). Znam te góry i wiem, że już źle nie będzie. Zamiast skrótu robimy objazd. (jednak nie do końca znam te góry). Jesteśmy w Dukli. Teraz jeden podjazd i potem w dół do Krempnej. Finish o 18:00 - 9h, jesteśmy ostro zmęczeni. Na szczęście bar u Juhasa w Krempnej staje na wysokości zadania i serwuje. Doskonały obiad.
Etap 3 Szybki szutr dla relaksu (Krempna-Krynica 75km)
Tak to jest to! Beskid Niski to wspaniały teren na rower. Piękne góry, zielone łąki, przestrzenie i ten niesamowity klimat opuszczonych miejscowości. Tu podczas akcji "Wisła" wysiedlono setki ludzi. Do dziś wioski widma istnieją nie tylko na mapie, ale i w rzeczywistości. Do tego setki krzyży w dolinach i na graniach powodują, że są to najbardziej dzikie góry w Polsce. Trasa jest łatwa. Dużo szutrówek, nieduże przewyższenia. Gdzie się da trzymamy 30km/h. Już o 14 jesteśmy na mecie. Miejsce w drugiej, 50 ale całkiem już nieźle. Rozkręcamy się. Dziś jest czas, żeby się przejść po Krynicy, odpocząć. Ja zjadam 2 obiady. Nadrabiam straty energetyczne z zeszłych dni.
Wieczorem nasz support team zmniejsza się o Magduśkę. Musi wracać do pracy na 3 dni. Wróci do nas w piątek.
Zostajemy we 4 (Piter, Ania, Renata i Ja)
Etap 4 Prawdziwe góry (Krynica-Krościenko km)
Już na starcie skręcamy na bok, żeby wjechać na Jaworzynę z innej strony. Znam tą górę doskonale w końcu to najlepszy off-piste challange w Polsce. Zimą są tu naprawdę idealne warunki do uprawiana narciarstwa poza trasowego przez las. :) Jedynie 50minut i jesteśmy na szczycie Jaworzyny. Szybko ale najlepsi zrobili to w czasie 10min dłuższym niż wjeżdża się gondolką czyli 25minut. Hmmm kozacy i tyle.
Zaczyna się piękny szlak na Łabowska, chyba właśnie przy jeździe górka dołek zyskujemy najwięcej. Wyprzedzamy kolejne zespoły. Co pewien czas widok na prawo i na lewo, to znów przejazd przez halę z jagodami. Gnamy ile sił w nogach. Piter zaskakuje mnie swoją techniką. Przecież właściwie nie ma doświadczenia w jeździe po górach a cały czas trzyma się zaraz za mną. Świetny z nas zespół. Teraz zjazd do Rytra. Oh YEA! TO jest speed. 50-60km/h hamowanie zakręt. Kamienie spod koła, znów prosta, w palnik.... o 71km/h ! Na moim liczniku pojawia się kontrolka DANGER SLOW DOWN ! Eeeee te amerykańskie bull shity - myślę sobie. A gdzie Piter? Czekam 1,2 minuty. Żeby tylko nie unfall myślę sobie. Nie na szczęście nie. Pojawia się na zakręcie. Macha ręką. Awaria. Okazuje się, że tarcze tak się rozgrzały, że klocki zapiekły się na tarczy. Nie ma szans na dalsza jazdę - koło zablokowane. Piterze złości sprzedaje kopa tarczy. Fuck! Teraz to już kiepsko. Tarcza skrzywiona. 10minut walczymy z zaciskiem. Udaje się, trochę obciera, ale e dziemy dalej. Teraz stromy i długi podjazd na Radziejową. Pniemy się ścieżką rowerową przez 1h 5-6km/h. Pasmo Radziejowej i Przechyby to znów piękna jazda. Na deser zjazd do Krościenka. Pełne szaleństwo. Na mecie okazuje się, że znów jesteśmy o 2-3 miejsca wyżej.
Etap 5 Gorce (Krościenko-Rabka)
W zeszłym roku to był Siory etap śmierci. Trochę się boję, ale jestem dobrej myśli. Na Lubaniu (800metrów podejścia w pionie) jesteśmy po 1:40 (na szlaku 3:45) czas niezły, ale jak się dowiedziałem, że najlepsi byli 45min przed nami to kolejny raz kopara do ziemi. Shit. Co za robokopy! Nic to, walimy fotkę na szczycie.
Przejrzystość powietrza jest niesamowita! Słońce pali jak w Texasie. Teraz ostra jazda przez Studzionki na Turbacz. Na przełęczy Knurowskiej zbaczamy na inna trasę i nie męczymy się głównym szlakiem tylko, kulturalnie podjeżdżamy na Turbacz. Koledzy z BikeBoard idą z nami. Mozolne podejście urozmaicamy rozmową na tematy.... rowerowe. Na Turbaczu spotykamy Support Team. Teraz zaczyna się jeden z najwspanialszych zjazdów do Rabki. 15km prawie non stop w dół! Extra. 16:00 i jesteśmy w Rabce. Dziś było dobrze jesteśmy na 50 miejscu. Jeszcze 1 miejsce wyżej i cel osiągnięty.
Etap 6 Kto kombinuje ten jest do przodu (Rabka-Korbielów)
Wczoraj z kolegami z bikebrothers przygotowaliśmy trasę przejazdu, którą wgraliśmy do GPSa. Od startu kombinujemy. Tu skrót, tam skrót, to znów obiazd ciężkiego odcinka szosą. Idziemy jak burza. Mnie tylko martwi czas. Nie możliwie, żeby było dobrze skoro jest 15, a my niewiele za połową. Grań Policy przed Zawoją omijamy zielonym szlakiem. I mimo tego, że przez 1km pchamy rowery to nie podchodizmy i nie schodzimy tak jak inni na czerwonym szlaku i dzięki temu zyskujemy w godzinach. Koło 15:30 jesteśmy już w Zawoii. Szybki bufet. Okazuje się, że jesteśmy w czołówce!!! Niemożliwe. Dajemy z siebie wszystko. Pędzimy przez Słowację z górki 40km/h a pod górkę 20km/h. Na przełęczy koło Korbielowa, odprawa graniczna. Jesteśmy wykończeni. Zjazd do centrum Korbielowa i teraz ten paskudny finish pod górkę. Ale nie będzie tak easy, żeby meta była przy wyciągu, trzeba podjechać prawi na górną stację 1 orczyka. Wypluwamy płuca ale 27miejsce to dla nas wielki sukces. Jesteśmy bardzo zadowoleni. O 20:30 odprawa przed ostatnim etapem. My już umyci i najedzeni a inni jeszcze dojeżdżają na metę. To był naprawdę ostry etap i gdyby jechać sugerowaną trasą to można by się naprawdę wykończyć.
Etap 7 Zamiast jazdy pchanie na koniec (Korbielów-Wisła)
Założenie proste- dojechać cało. Odpuszczamy i się nie ścigamy. Zaraz za startem próbuję swoich sił z mistrzami (Bieniasz i Miodoński). Po 200 metrach podjazdu serce mam w gardle i muszę zejść z roweru. Tętno chyba 220. A chłopaki spokojnie podjeżdżają dalej. No cóż - zawodowcy.
W 45 minut wjeżdżamy na Miziową. Mamy dobrą pozycję, bo poszliśmy skrótem z liderami:) Teraz jazda na Rysiankę. Potem zjazd do Węgierskiej Górki. No i zaczyna się pchanie. Przez 1:50h idziemy na Magórkę. Można było to ominąć - to do Marcina Rygielskiego uwaga. Wreszcie osiągamy grań i teraz kulturka jedziemy na przełęcz Salmopolską. Spotykamy po drodze Krzyśka Gielecińskiego i Kubę Jaroszewskiego. Jedzą sobie chłopcy kanapkę i podziwiają widoki. Co za luz, co za beztroska? My też tak będziemy!!! - jeszcze 1h do mety. Po drodze na zjeździe jest też Magduśka ze Zbychem, który robi nam foty swoim super Nikonem. Teraz pędzimy do mety w Wiśle. Wieka radość, satysfakcja, marzenia się spełniają - ukończyliśmy TransCarpatię.
Podsumowanie
Bardzo dziękuję mojej Magduśce i Ani za mega wsparcie i organizację noclegów, jedzenia, serwisu i ogólne wsparcie.
Dzięki Piotrek za stworzenie super zespołu (x-Ventures), gdzie jest wsparcie, zrozumienie i zaufanie.
Chyba sam widzisz, że nie powinniśmy poprzestać na TransCarpatii. Mam nadzieję, że w przyszłym roku stworzymy razem SudetyCross....
TransCarpatia to wspaniała przygoda, to próba sprawdzenia siebie, swoich możliwości i wytrzymałości, to obowiązkowy punkt programu prawdziwego rowerzysty XC.
Mafej (x-Ventures)
|
|