Pokonać siebie

 

Przed nami 450 kilometrów i 12 000 metrów przewyższeń. Siedem dni, Ustrzyki Dolne-Zakopane. Na starcie 150 dwuosobowych zespołów i prawie żadnych kobiet. Ogarniają mnie coraz większe wątpliwości... czy to przypadkiem nie był szalony pomysł? Coż… teraz już się nie wycofam, chociaż w głowie mam gonitwę myśli. Jest 20 sierpnia, słońce, błękitne niebo... mija godzina 10 – startujemy!

 

            Pierwszy podjazd, wąska ścieżka w lesie. Pchamy rowery ślizgając się po błocie. To jednak dopiero namiastka tego, co czeka nas kilka kilometrów dalej. Błoto, błoto i błoto, które idealnie przykleja się do opon. Rowery tańczą, a my razem z nimi o ile udaje nam się jechać, bo głównie idziemy i całymi garściami wywalamy kleistą maź, żeby koła w ogóle mogły się obracać.

Drugi punkt kontrolny, mam dosyć, chcę się zatrzymać i leżeć na trawie, a przed nami jeszcze 50 kilometrów. Mój brat – Mafej – wciska mi do ręki Snikersa i mówi: „Masz zjadaj i jedziemy dalej! Nawet ja się nie spodziewałem TAKIEGO błocka! Teraz już będzie lepiej”. Las, łąka, śpiew ptaków, soczystozielone paprocie i wreszcie lśniący błękit Jeziora Solińskiego. Żwirowa droga, dzikie słoneczniki odwracają się w stronę popołudniowego słońca, a my jesteśmy dopiero w połowie mapy... pierwszy dzień i odpadniemy? PowerBar do brzucha, pół litra Isostara i dalej, do przodu. Damy radę! Mafej widzi, że już słabuję i pomaga mi podjeżdżać pod górę. To mi dużo daje, odpoczywam i czuję, że nie jestem sama, że walczymy razem!

Do Cisnej docieramy po 18. Lodowaty prysznic, wrzucamy rzeczy do namiotu i... na rowerach podjeżdżamy do knajpy. A tam panuje pełen bieszczadzki luz...

 

W błocie po szyje

            Dzień dociera do mnie powoli – muzyka, rozmowy, krzątanina... „Przypominam, że do ósmej trzeba opuścić namioty” – słyszę po chwili... kurcze, o co chodzi – pewnie czegoś jak zwykle nie wiemy, a w ogóle gdzie jest Mafej? Ubieram się, wraca mój brat „Umyłem rowery” – mówi. Siedzimy na murku i jemy śniadanie, słońce coraz bardziej pali...

Umieram!!! A to dopiero siódmy kilometr. Znowu pchamy rowery, droga się kończy, idziemy przez las, coraz stromiej, wrzucam rower na plecy... czuję jak krople potu ściekaja mi po twarzy, spływają na powieki. Dzisiaj niby tylko 49 kilometrów, ale jeszcze nie wiemy, co nas czeka... Zjazd do Przełęczy Żebrak – korzenie, kamienie i jak na razie niedużo błota.

Drugi punkt kontrolny – jedzenie: banany, pomarańcze, arbuzy, jakieś wafelki i lejący się litrami Isostar. Chwila przerwy i ruszamy dalej. Mafej wyrwał trochę do przodu. Kryzys, nie mam już siły jechać, obtarłam nogę, piecze i boli, a przecież muszę iść dalej... siadam pod sosną, wokół cisza, naklejam plastry, to też już nie pomaga, łzy lecą mi po twarzy, po co to wszystko, za co mam się tak katować, ale sama chciałam i wiedziałam, że będzie ciężko... wciąż boję się zjazdów; jednak jeszcze mam uraz po majowym wypadku, z którego pozostała mi także oryginalna pamiątka na ręku – niektórzy mówią, że wygląda jak tatuaż…

Jeziorka Duszatyńskie – cisza popołudniowego bukowego lasu... nie tylko ja mam już dosyć, nad brzegiem siedzą „nasi” i wpatrują się w ciemną taflę gładkiej, spokojnej wody.

Mijamy turystów, czystych i pachnących. Nogi w butach na obcasach ślizgają się po lepkim błocie, idą powoli i niepewnie. A my jesteśmy zupełnie z innego świata, upaćkani, zlepieni potem, zmęczeni...

Komańcza, czwarty punkt kontrolny. Do kolejnego, ostatniego zostało nam jeszcze tylko 6 kilometrów, a potem zjazd i meta. Jeśli chcemy być klasyfikowani musimy zdążyć przed 18. Spokojnie powinno się udać. Ruszamy czerwonym szlakiem pod górę. Kiedyś, dziesięć lat temu na obozie wędrownym szliśmy tędy z plecakami... Do końca życia będę pamiętać ten odcinek, Mafej zresztą też. Zaczęło się na dobre, wpadliśmy po szyje!!! Półtorej godziny, brniemy przed siebie, powoli, po kąpieli w błocie rower waży tyle, że ledwo go podnoszę. To jest jak siłowanie się z naturą, z dzikością Ziemi, tak do dna, w czystej, prawdziwej formie. Tu nie ma litości, wygrywa silniejszy... nie wytrzymuję, rzucam rower, kopię go, łzy wściekłości, bezsilności i zmęczenia płyną mi po twarzy – nie wytrzymam! Ale przecież nie zostanę w środku gór, schylam się, wyciągam go z błota, nie chcę się poddawać... idzie Mafej, bierze ode mnie rower i mówi: „Sister, jeszcze tylko kawałek, a potem będzie łąka”. Myślę sobie: k…! jak to przeżyję, to już wszystko wytrzymam… chyba potrafię pokonać samą siebie...

Na mecie jesteśmy 5 minut przed 18. Udało się!!! Zdążyliśmy!!! Nie przeszkadza mi błoto na twarzy, ale marzę o gorącym prysznicu.

Skończyła się woda, idziemy się kąpać do lodowatego potoku, a potem zajadam się pysznymi ogórkami kiszonymi domowej roboty, kupionymi u miejscowej gospodyni...

 

Deszcz i mgła

            Dzień trzeci, 63 km, Wisłok Wielki-Krempna. Śniadanie jemy na korytarzu w szkole. Godzina 10 – start. Przez ciemnozielone jodły i buki przebija się przedpołudniowe słońce, malując gdzie niegdzie świetliste plamy. Znowu błoto, wspinamy się do punktu kontrolnego, a potem tą samą drogą pędzimy w dół na tańczących rowerach. Łąka rozgrzana słońcem, szybciej i szybciej, zielono, kawałki błota odpryskują od opon na wszystkie strony, szybciej, szybciej, drogą w dół przez łąki...

W Krempnej jesteśmy chwilę po 15. Kurcze, nie wierzyłam, że tak szybko nam pójdzie!

Prysznic z baniaka, wrzucamy rzeczy do namiotu i idziemy coś zjeść. Bar u Juhasa, chyba cofnęliśmy się w czasie... lody śmietankowe, drewniana cerkiew... pod wieczór zaczyna padać.

            Zapuchnięte oczy, na nasze głowy spada szare niebo... start w deszczu, chmury schodzą coraz niżej, nagrzana słońcem ziemia paruje jak lokomotywa, mokro, coraz bardziej mokro... czwarty dzień, Beskid Niski, zupełnie inne błoto niż Bieszczadach, nawet nie chcę wiedzieć ile dzisiaj kilometrów, leje, a my pędzimy szosą prawie 50 km/h, czuję, że żyję, żyję całą sobą!!!

Wąska szosa w dół, ktoś miał wypadek, otwarte złamanie kolana, coraz mocniej zaciskam palce na rączkach od hamulców.

Przefruwamy przez kolejne potoki przepływające wpoprzek drogi, fontanny wody, wolność... wspinaczka szosą na ostatnią przełęcz, niebo powoli się przeciera, kawałki błękitu i zjazd do Krynicy. Zdradliwy skręt na jeszcze mokrej szosie, zaciskam hamulce i zęby z całej siły. Ja tu rządzę, a nie rower, który leci na oślep coraz szybciej i szybciej. Potem dowiadujemy się, że właśnie na ostatnim odcinku było sporo wypadków: wybity bark, kontuzja kregosłupa – poważna sprawa, bo zawodnik zostaje unieruchomiony na kilka miesięcy, noga starta do kości...

I jak co dzień, czekanie w kolejce do łazienki – nareszcie gorący prysznic – do mycia rowerów, obiad, odprawa przed kolejnym etapem...

            Startujemy o 8 rano, przejazd honorowy przez miasto, suniemy długą kolumną. Jaworzyna Krynicka we mgle, cisza, słychać tylko jak las oddycha, a pojedyncze krople wody „dzwonią” o liście... słodkie maliny. Grzbietami gór docieramy na Halę Łabowska i łąkami do Piwnicznej, a potem mordercza wspinaczka krętą, pionową szosą na Przełęcz Obidze. Od dwóch dni coraz bardziej męczy mnie skurcz mięśnia, ból ramienia, pali jak ogień, bez przerwy. Już nic innego mi nie przeszkadza... stoimy na szczycie i patrzymy na góry otoczone miękkimi objęciami chmur... wiatr głaszcze łąki, trzeba jechać dalej. Przed nami jeszcze trzy szczyty: Wielki Rogacz, Radziejowa i Przechyba... Gorce – wąskie, ubite ścieżki wśród łąk i jagodowych polan. Czasami spotykamy wędrowców i mijamy się z innymi uczestnikami wyścigu, a poza tym otacza nas mglista cisza, która otula góry niesamowitym, tajemniczym nastrojem...

Śpimy na stadionie w Krościenku nad Dunajcem. Prawie przez całe popołudnie i wieczór pada deszcz. Czarna noc, a ja zastanawiam się, co będzie jutro...

 

Etap śmierci

            Dzień szósty. Rano Belgom giną rowery. Przepadły jak kamień w wodę. Nikt nic nie widział. Ktoś trafnie to podsumował: przyjedź do Polski, Twoje rowery już tu są! Smutne...

Pniemy się na Lubań, ból mięśnia powoli mnie zabija... kiepsko się czuję, każdy krok jest wysiłkiem, wreszcie szczyt 1211m n.p.m, kawałek jedziemy, a potem zaczyna się taka srtomizna, że nawet iść jest trudno.

Studzionki – mała wioska w górach, przyjeżdżaliśmy tutaj z rodzicami, kiedy mieliśmy po pięć, sześć lat... prawie nic się nie zmieniło, kapliczka na rogu i widok na dolinę Ochotnicy.

Kiedy wreszcie będzie w dół? Czuję, że mam coraz mniej siły, ogarnia mnie totalne zmęczenie, wiem, że już nie mogę, właściwie tak jest codziennie, ale teraz kryzys przenika każdy kawałek mojego ciała...

Przełęcz Knurowska, godzina 15, połowa drogi... jak to się dzieje, że jeszcze jadę, dwa PowerBary, Isostar... właściwie już nie czuję głodu. Wszystko ze mnie wylazło, ok. przegrałam...

Ruszamy pod Turbacz, strome podejście, Mafej idzie szybciej, zbiega do mnie i niesie mój rower, już nawet nie mam siły mówić, łzy lecą mi po twarzy, już nie mogę... kończy się las, na hali pasą się owce, nie, nie mogę się poddać, wjadę na Turbacz! To jest walka, walka o przeżycie – kto wygra?!

Stajemy razem na szczycie!!! Jestem nieprzytomna ze zmęczenia...

Do Rabki dojeżdżamy o siódmej wieczorem. Łazienka – zardzewiałe rury sterczące ze ściany, brudna szatnia i znowu lodowata woda. Mam dreszcze, jest mi zimno, ledwo stoję na nogach, zasypiam na stojąco...

 

Tatry do góry nogami

            Ostatni, siódmy dzień wyścigu. Wita nas słońce, błękitne niebo i lekki wiatr. Pamiątkowe zdjęcie pod pomnikiem św. Mikołaja. Na starcie staje o 30 teamów mniej niż sześć dni temu! Długi podjazd – najpierw szosą, potem brukowaną drogą. Dzisiaj już nie może być tak źle. 70 kilometrów i koniec! Szybkie zjazdy, gonimy wiatr. Na skróty przez łąkę, mijamy krowę, która przeżuwając w spokoju spogląda na nas oczyma pełnymi zdziwienia. Punkt kontrolny i lecimy dalej. Każdy podjazd pokonujemy razem, Mafej mi pomaga. Chcemy i musimy zdążyć przed 16. Góry, chmury, łąki i pola. Wszystko miesza się i przenika. Wąski strumyk, wywrotka w błoto, to już chyba na pożegnanie... ostatni podjazd, szczyt Gubałówki, tłum turystów, czystych, świeżych i pachnących. A my jak dzikusy wypadamy z lasu na ubłoconych rowerach. Teraz zjazd Polaną Szymoszkową w dół i meta. Wpadam przednim kołem w dziurę i nagle widzę panoramę Tatr do góry nogami... a za chwilę słyszymy: „I kolejny team na mecie – Joanna i Łukasz Majewscy”... jednak udało się! Przeżyłam! Wygraliśmy!!!

 

 

Joanna Majewska

Ramki:

Transcarpatia nie jest zwykłym wyścigiem. Nie ma oznaczonej trasy. Organizator zapewnia mapy z naniesionym punktami kontrolnymi i sugerowaną trasą przejazdu. Jednak to wcale nie oznacza, że będzie to najszybsza i najłatwiejsza droga...

 

Nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać na trasie. Każdy dzień wyścigu jest wyprawą w nieznane, podczas której dociera się do najgłębszych zakamarków siebie samego. Nic się nie da ukryć!

 

Obawa, niepokój, strach... potem kamienie, korzenie, błoto, pot i łzy, walka o każdy metr, aż wreszcie ogromna radość i euforia – każdego dnia przy wjeździe na metę...

 

Do mety w Zakopanem dotarły 102 spośród 150 zespołów, które stanęły na starcie w Ustrzykach Dolnych. Zwycięzcom pokonanie trasy zajęło ponad 26 godzin, a ostatni sklasyfikowany team potrzebował na to 56 godzin.